• Iwona Klemczak

O czym powinieneś wiedzieć, zanim przeprowadzisz się do Meksyku

Aktualizacja: lut 26


Ostatnio na forach i w różnych internetowych grupach widzę, że coraz więcej osób ma zamiar przeprowadzić się do Meksyku. W prywatnych wiadomościach do mnie pojawiają się podobne pytania i wątpliwości. A już na miejscu- podobne zaskoczenia. Dlatego aby ułatwić choć odrobinkę proces adaptacji, dzisiaj dla odmiany podzielę się tym, co mnie tutaj zdziwiło, albo wyprowadziło z równowagi. Mimo całego zachwytu, jaki dalej jest we mnie dla tego kraju, są pewne rzeczy, do których trudno się przyzwyczaić, a które na pewno warto wiedzieć przed wyjazdem.

1. POGODA

W Meksyku istnieje 5 różnych stref klimatycznych, w każdej z nich żyje się inaczej. Na przykład miejscowości takie jak miasto Meksyk czy San Cristobal de la Casas (można uogólnić, że środkowy Meksyk) są położone na wysokości ponad 2000 m n.p.m. i jest tam bardzo duża amplituda dobowa, co oznacza że w dzień jest bardzo ciepło, a w nocy temperatura może spaść nawet do 0 stopni. W domach nie ma ogrzewania, więc jeśli wybierasz się w podróż w górzyste rejony, warto wziąć coś ciepłego.

Zdecydowana większość kraju to góry właśnie. Co innego na Riviera Maya- tu jest przez cały rok bardzo ciepło i bardzo wilgotno, temperatura może przekraczać 40 stopni. Jakie to ma konsekwencje? Duża wilgotność powietrza, dochodząca nawet do ponad 90%, powoduje, że pranie nie schnie, chleb błyskawicznie pleśnieje, w mieszkaniu jest zapach stęchlizny. Wszystko się szybciej psuje i pokrywa pleśnią lub rdzewieje. Jak można temu zaradzić? Można zaopatrzyć się w specjalne kuleczki chłonące wilgoć (dostępne w supermarketach), które trochę pomagają, ale nie eliminują problemu. Nie wspomnę już o tym, że kąpać można się i pięć razy dziennie, ale to i tak nic nie daje, bo ciągle jest gorąco i wilgotno.

2. PRACA

Gdy prowadzę wycieczki, turyści śmieją się z pewnego chaosu i luzu, jaki można w Meksyku zaobserwować. Bo jeśli przyjeżdża się tutaj na wakacje, wydaje się urocze, że Meksykanie żyją sobie spontanicznie, nigdzie się nie spiesząc, i niczym nie przejmując. Rzeczywistość wygląda jednak inaczej.

Meksyk to kraj, w którym pracuje się dużo, zarabia niewiele, a produkuje jeszcze mniej. Dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju mówią same za siebie: Meksykanie pracują 43 godziny tygodniowo, 2225 rocznie, o 440 więcej niż w USA oraz 862 więcej niż w Europie, gdzie tendencja w ostatnich czasach jest zupełnie odwrotna: skracanie dnia pracy, home office, dbanie o prawa pracowników. Jeśli chodzi o produktywność, w skali 100-punktowej, Meksyk otrzymuje 20. Dla porównania, Luksemburg zdobył 95 punktów, a pracuje się tam 700 godzin mniej. Co więcej, pracownik w Meksyku otrzymuje 6 dni urlopu na starcie, po kilku latach pracy może mieć maksymalnie 12! Fakt, jest tutaj sporo świąt państwowych i religijnych, ale to oznacza, że wszyscy mają wolne w tym samym czasie, dlatego w trakcie Wielkanocy czy Bożego Narodzenia plaże, hotele, restauracje są wypełnione ludźmi.



Jakie są zarobki? To temat szeroki niczym Ocean Spokojny. Pensja minimalna to 120 peso dziennie (ok. 25 PLN). Szacuje się, że ok. 7 mln Meksykanów właśnie tyle zarabia. Przeważnie jednak są to zawody typu kelner, barman, sprzątaczka, czyli te, które mogą liczyć na napiwki. Dlatego tutaj- czy nam się to podoba, czy nie- jest zwyczaj, a raczej obowiązek zostawiania napiwków dosłownie wszędzie. O czym to również świadczy? Jako że napiwki to dochód nieopodatkowany, nieoficjalny i nigdzie nie zgłaszany, trudno oszacować rzeczywiste zarobki. I tu dochodzimy do kolejnej kwestii. W Meksyku ponad 50% rynku to nieformalny handel, czyli sprzedawcy uliczni. Szacuje się, że mogą zarabiać więcej (ok. 15.000 peso miesięcznie = 3.000 zł) niż pracownik umysłowy (ok. 11.000 peso = 2.000 zł, dane INEGI).


Pensja jest wypłacana co dwa tygodnie (tzw. quincena), ponieważ Meksykanie co tylko zarobią, to wydają, więc mało kto wytrzymałby do pierwszego... z tego powodu, gdy tylko zbliża się połowa lub koniec miesiąca, można zaobserwować ogromne kolejki do bankomatów – to Meksykanie z niecierpliwością czekający na wyciągnięcie upragnionej pensji.

3. FACHOWCY

Wspomniany wcześniej chaos może wydawać się zabawny podczas wakacyjnego relaksu, ale nie gdy się tutaj mieszka. Trzeba uzbroić się w cierpliwość, anielską cierpliwość, i przyjąć do wiadomości fakt, że dużo rzeczy się zepsuje oraz nigdy nie zostaną naprawione. Należy też wiedzieć, że:

- w Meksyku rzadko ma się w domu pralkę. Większość osób zanosi rzeczy do pralni, których jest tu bardzo dużo i są niedrogie. Jest to rewelacyjne rozwiązanie na krótki pobyt, jednak na dłuższą metę ja nie mogę się przyzwyczaić do tego, że ktoś ogląda moje rzeczy, pomijając już fakt, że wiele z nich gubi się w trakcie prania lub wraca podziurawione...Z tego powodu sporo ludzi wybiera opcję prania ręcznego.

- gaz kupuje się w butlach, które zmienia się co parę miesięcy. Niezależnie od trybu życia, ilości dni w miesiącu oraz rzeczywistego zużycia, zgodnie z meksykańskim prawem Murphiego, gaz przeważnie kończy się w piątek po południu, kiedy z zamówieniem kolejnej butli trzeba poczekać do poniedziałku. Czyli (zdarzyło mi się kilkakrotnie) robisz zakupy na weekend, planujesz gotowanie, a tu kończy się gaz. Zero ciepłej wody, zero kuchenki gazowej. Albo jesteś chory, marzysz o ciepłej zupie, a tu kończy się gaz. W niektórych miejscach gazu się nie zamawia telefonicznie, tylko czeka się, aż pod oknem usłyszymy znajome słowa niemalże wyśpiewywane na całe gardło: "Gaaaaz, gaaaaaz!". To pan od gazu chodzi po ulicy i go sprzedaje. Przeważnie chodzi ok. 8 rano, no ale co jeśli jesteśmy akurat w pracy? Nie mamy gazu. A czasami pan po prostu się nie pojawia. Moje znajome nie mogły nic ugotować przez 3 tygodnie :)

- gdy się coś zepsuje, możesz wezwać fachowca, ale istnieje duże prawdopodobieństwo, że nic nie zaprawi, ba! może nawet bardziej zepsuć...Ile to ja historii znam, o podłączeniu klimatyzacji do niewłaściwego mieszkania (czyli sąsiad płacił za prąd), o rurze, która przecieka i nie ma na to sposobu, o samochodach, które po wyjeździe z warsztatu są w gorszym stanie niż przed przeglądem...

4. KORUPCJA

No cóż, nie oszukujmy się... Meksyk to jeden z najbardziej skorumpowanych krajów na świecie. Jaki to ma wpływ na nasze życie? Z początku może się wydawać, że pozytywny. Chcesz prawo jazdy, ale nigdy nie widziałeś samochodu na oczy i nie posiadasz odpowiednich dokumentów? Idziesz, płacisz, masz prawo jazdy. Zatrzyma Cię policjant za przekroczenie prędkości? Płacisz odpowiednią sumę i jedziesz dalej. Banalnie proste. Mam znajomego, któremu prawnik zaproponował kupienie meksykańskiego aktu urodzenia, aby przyspieszyć proces ubiegania się o wizę. Nie byłoby z tym problemu- w mieście Meksyk na placu Santo Domingo sprzedają wszelkiego rodzaju dokumenty, z paszportami i aktami urodzenia włącznie.

Tylko jeśli się nad tym głębiej zastanowić, okazuje się, że przecież wszyscy mogą działać na podobnych zasadach. Czyli nie wiesz, czy lekarz, który Cię leczy, przypadkiem nie kupił swojego dyplomu. Czy taksówkarz, który Cię wiezie, nie ma przypadkiem wyroku w zawiasach za spowodowanie wypadku. Czy prawnik, który bierze od Ciebie pieniądze w gotówce, rzeczywiście ma uprawnienia do wykonywania zawodu. Meksykanie, przyzwyczajeni, że za wszystko da się zapłacić, przestają przywiązywać wartość do nauki, wykształcenia, ciężkiej pracy, ambicji. Bo po co? Korupcja sięga dużo dalej. Przekupieni są policjanci, wojsko, rząd, urzędnicy....może się wydawać, że nas to nie dotyczy, ale właśnie z tego powodu w kraju wojna gangów narkotykowych jest nie do zatrzymania. A z powodu tej wojny giną niewinni ludzie- do tej pory zginęło ich więcej niż podczas konfliktu w Afganistanie.

5. CZAS

Podobno my, Europejczycy mamy zegarki, a Meksykanie mają czas. Słynna już jest ich niepunktualność oraz słowo "ahorita", którego tłumaczenie "za chwileczkę" może oznaczać zarówno kilka minut, jak i kilka godzin, jak i kilka... lat. Przykład z niedawnej przeszłości: dostałam odpowiedź na maila w sprawie mieszkania, którego szukałam w Playa del Carmen. Nic dziwnego nie byłoby w tej historii, gdyby odpowiedź nie przyszła... po dwóch latach :) Dlatego mieszkając tu, trzeba po prostu uzbroić się w cierpliwość, bo gdy będziemy się denerwować, to tylko i wyłącznie my na tym ucierpimy. Druga strona absolutnie nie zrozumie, dlaczego nam to przeszkadza. A dlaczego mi to przeszkadza? Podam przykład: gdy przyjeżdżam do miasta Meksyk, przeważnie nocuję u mojej dobrej koleżanki Angielki. Umówienie się z nią zajmuje mi ok. 2 minuty, nasze wiadomości są bardzo konkretne, jasne i rzeczowe. I jeszcze nigdy nie miałyśmy nieporozumienia. Umówienie się z Meksykaninem zajmuje czasem cały dzień, plany się po drodze zmieniają parokrotnie i często nic z nich nie wychodzi. Oczywiście generalizuję na potrzeby tego wpisu, ale nie ma co ukrywać, że między nami a Latynosami istnieje różnica kulturowa. Co można z tym zrobić? Starać się wyluzować, brać pod uwagę, że meksykańskie plany lubią się zmieniać. Można robić plany z paroma osobami na raz... Czasem ma to oczywiście swoje pozytywne strony, bo życie staje się bardziej spontaniczne, na przykład po pracy okazuje się, że lądujemy na imprezie na rajskiej plaży niedaleko Cancun i zostajemy tam trzy dni (przykład z ostatniego tygodnia:-)

6. JEDZENIE

Quesadillas, chilaquiles, tostadas, ceviche, nopalitos, tlacoyos...na początku pobytu w Meksyku aż trudno ogarnąć te wszystkie nazwy, smaki, regionalne różnice...wszystkiego próbujemy, wszystko nam pasuje...jednak po jakimś czasie pojawia się nostalgia za potrawami innymi niż zawierające limonkę i chile. A o takie trudno ;) Meksykanie dodają limonkę i paprykę do wszystkiego- do słodyczy, lodów, piwa, i prawie każdej potrawy. Dlatego przychodzi moment, gdy na myśl o żurku, pierogach lub czerwonym barszczu, zaczyna nam cieknąć ślinka, a wręcz pojawia się łezka w oku...i okazuje się, że mimo iż w Polsce nawet nie wiedzieliśmy, z czego powstaje żurek, na emigracji stajemy się ekspertami od zakwasu, na święta lepimy pierogi, a barszcz na stałe wchodzi do naszego obiadowego menu.

Co trudno jest dostać w Meksyku? Chleb. W Polsce co prawda nie jem dużo chleba, ale jak już go kupuję, to mam do wyboru bochenek robiony na zakwasie, albo drożdżowy, ze słonecznikiem, żytni, pszenny, orkiszowy, razowy, albo na ziarnach. Jakikolwiek by nie był, będzie to nasz polski prawdziwy chleb. W Meksyku je się przeważnie coś w rodzaju chleba tostowego (pan Bimbo), którego sama nazwa wskazuje na to, że powinien być potraktowany tosterem, ale nie- tutaj je się go na surowo. Są jeszcze okropne, dmuchane bułki, całe szczęście, że nie mają składu napisanego na etykiecie, bo nie chciałabym wiedzieć, co się w nich znajduje. Więc co Polakowi pozostaje? Poszukać piekarni z prawdziwego zdarzenia- znam takie w Playa del Carmen, Queretaro, CDMX, San Cristobal de las Casas... lub upiec chleb samemu.

Bardzo trudno jest tu o naturalny jogurt- na etykiecie co prawda może być napisane "natural", ale w Meksyku jest to najwidoczniej synonim słodkiego, bo większość naturalnych jogurtów zawiera cukier. A nawet te, które go nie mają, są zrobione na bazie mleka w proszku i innych, niemających z jogurtem nic wspólnego składników. Rozwiązanie jest identyczne jak w przypadku chleba- na szczęście w Playa del Carmen jest sklep, który w ofercie ma prawdziwe, naturalne jogurty na bazie mleka koziego lub krowiego. A oprócz tego zaczęłam przygotowywać je w domu sama- zajmuje to zaledwie dziesięć minut, a smak jest nie do zastąpienia.

Można też zapomnieć o kaszy, ogórkach kiszonych, chrzanie. Trudno dostać niektóre kosmetyki, a wiele jest droższych niż u nas w kraju.

7. CENY

Jeśli myślisz, że Meksyk to kraj trzeciego świata i ceny tu powinny być bardzo niskie, to możesz się zdziwić. Na początku oczywiście zaznaczę- trudno w Meksyku o jakiekolwiek uogólnienia, wyciąganie średnich, gdyż jest to kraj niezwykle duży i zróżnicowany pod każdym względem. Sama mieszkam w jednym z największych miast na świecie, więc trudno to porównać do majańskiej wioski położonej w selwie. Turystom zawsze mówię, że poziom cen jest podobny do Polski, zaznaczając że oczywiście pewne produkty z racji bycia lokalnymi, są tańsze, i odwrotnie- te, które są importowane do Meksyku, a u nas dostępne na miejscu, są droższe. Są jednak takie rzeczy, które swoimi cenami zaskakują. Poniżej kilka przykładów:

- produkty spożywcze– w przeliczeniu na nasze mleko kosztuje prawie 5 zł. Niby niewielka różnica, ale cena koszyka zakupów wzrasta... tak samo jajka, woda butelkowana, piwo...wszystko trochę droższe niż u nas...ale za to można znaleźć tańsze awokado, pomarańcze, mango, ananasy, paprykę...i sto tysięcy innych owoców i warzyw, które rosną na miejscu.

- transport–tu akurat jest taniej. Bilet autobusowy (lub na metro czy colectivo) kosztuje ok 1,5 zł. Taksówka w obrębie miasta w Playa- ok. 10 zł.

- meble– według mnie są o wiele za drogie (chociaż w przyszłym roku otwierają pierwszą Ikeę). Te dostępne w supermarketach mają wysokie ceny i niską jakość. Inną opcją są meble wykonane przez rzemieślników, jednak też są droższe niż w Polsce. Ostatnio szokiem była dla mnie wizyta na targu staroci w mieście Meksyk (la Lagunilla), gdzie można kupić m.in. używane meble. Jestem fanką oryginalnych dekoracji i kupowania przedmiotów typu second hand, jednak większość wystawionych tam rzeczy nadawała się po prostu do wyrzucenia, a nie do sprzedaży- a zaznaczam, że nie widziałam krzesła o cenie niższej niż 250 zł. W Meksyku nie ma również hipermarketów typu Media Markt, Saturn... co analogicznie do mebli sprawia, że ceny artykułów gospodarstwa domowego i sprzętu elektronicznego są wyższe niż w Polsce.

- koszty utrzymania- tutaj też oczywiście sytuacja zależy od miejsca zamieszkania, wielkości gospodarstwa domowego, trybu życia. Mogę powiedzieć jak to wygląda u mnie- za mieszkanie dwupoziomowe w miarę w blisko centrum Playa del Carmen płacę ok. 1500 zł, wliczony mam to gaz, Internet i wodę, oddzielnie płacę prąd, wychodzi 60 zł za dwa miesiące, gdy nie używam klimatyzacji, a od listopada do marca praktycznie nie ma takiej potrzeby.

8. CHOROBY

Przed podróżą do Meksyku nie ma obowiązkowych szczepień, aczkolwiek warto zabezpieczyć się i zrobić na wszelki wypadek podstawowy pakiet: przeciwko tężcowi, żółtaczce, durowi brzusznemu. Są jednak choroby, które mimo wszystko mogą nas spotkać na miejscu. Do najczęstszych należą zatrucia pokarmowe, salmonella, ameboza. W Meksyku żyją bakterie czy pasożyty, które w naszym klimacie występują niezwykle rzadko (przypadków zakażenia amebą w Polsce jest rocznie ok. 7). Właściwie trudno się jakoś przed tym zabezpieczyć, bo nawet jedzenie w dobrych restauracjach nie gwarantuje, że nie zarazimy się jakimś paskustwem. Najlepiej byłoby przygotowywanie wszystkiego w domu, ale nie zawsze jest to możliwe. Warto więc brać przed przyjazdem probiotyki, wzmacniać odporność, a w razie zachorowania udać się do miejscowego lekarza, a nie czekać aż samo przejdzie. Warzywa i owoce przed podaniem najlepiej odkazić w mieszance wody i specjalnych kropli, które można kupić w każdym supermarkecie.

Ostatnio zrobiło się też głośno o dengue i chikungunya, dwóch chorobach przenoszonych przez komary. Jedyne, co można zrobić, to założyć moskitiery w oknach i smarować się płynami przeciwko owadom. Na szczęście możliwość zachorowania nie jest zbyt wysoka, ale lepiej się zabezpieczyć.

9. BEZPIECZEŃSTWO

Odsyłam do osobnego wpisu, który i tak nie wystarcza, aby całkowicie wyjaśnić złożoną i trudną sytuację współczesnego Meksyku. W wiadomościach słychać o wojnie karteli narkotykowych, porwaniach, gwałtach, przemycie, zmuszaniu do prostytucji, nielegalnym przekraczaniu granicy. Wizerunek ten jest podbijany przez media oraz amerykańskie filmy. Czy w Meksyku jest aż tak niebezpiecznie?

No cóż, nie da się odpowiedzieć jednoznacznie na to pytanie. To wszystko, o czym czytamy, dzieje się naprawdę. Wojna karteli trwa, biznes kokainowy kwitnie, giną niewinni ludzie. Jest to przykre, straszne, okropne, a człowieka rozsadza wściekłość, bo niewiele można z tym zrobić. Z drugiej strony mogę zaryzykować stwierdzenie, że jeśli chodzi o kradzieże czy drobne przestępstwa, to w wielu miastach Meksyku czuję się bezpieczniej niż z Warszawie. Trochę paradoks. Poza tym jak pojąć taką skalę przemocy i okrucieństwo, z jakim traktowani są ludzie w Meksyku, gdy zestawimy to z ich uprzejmością, serdecznością i wręcz większą niż przeciętna otwartością?

I po raz kolejny powtarzam, że Meksyk to taka studnia bez dna. Aby zrozumieć, jak się tu żyje, najpierw trzeba zrozumieć cały kontekst ekonomiczno-społeczny państw Ameryki Łacińskiej, gdzie mała grupa ludzi ma bardzo dużo, a dużo ludzi ma bardzo niewiele do dyspozycji. Gdzie ludzie żyją w slumsach, gdzie nie mają dostępu do edukacji, pracy, służby zdrowia, o innych rzeczach nie wspominając. Gdzie rząd jest słaby, a politycy mają zwykłego obywatela w głębokim poważaniu. Gdzie w pewnym momencie zjawia się jakiś narco, który buduje szkołę dla dzieci, stawia boisko do koszykówki, chłopakom daje pracę, a że praca polega na transporcie kokainy, to już inna sprawa. Gdzie dopóki będą istniały tak rażące różnice społeczne, i brak świadomości, a z drugiej strony ogromny rynek zbytu, czyli ćpuny w USA, dopóty ludzie będą się tu zabijać.

Jak więc ludzie tu żyją, ba! przeprowadzają się z drugiego, bezpiecznego końca świata, aby tu zamieszkać? Otóż po pierwsze są regiony, w których jest bardziej i mniej bezpiecznie. Playa del Carmen, z racji tego, że tutaj znajdują się pralnie brudnych pieniędzy (dyskoteki, biura podróży, siłownie- czyli wszędzie, gdzie można płacić gotówką), jest strefą chronioną przez samych narcos. Z drugiej strony jest to miejsce bardzo turystyczne, więc sam rząd ma interes, aby objąć Jukatan specjalną opieką. W dużych miastach, jak na przykład stolica, są dzielnice, w których lepiej się nie pokazywać, są też dzielnice, w których mieszka klasa średnia, i jest bezpiecznie. Warto się zorientować, które są które i unikać tych pierwszych (ach, ile razy pojechałam gdzieś w mieście Meksyk, nie wiedząc zupełnie, że tam się nie jeździ a dowiadując się o tym dopiero patrząc na zdziwione miny Meksykanów, że wróciłam cała i zdrowa). Na północy są miasta (Torreon, Monterrey), w których znajomi nie radzili mi się poruszać samej po zmroku- jeśli słyszysz to od miejscowego, lepiej tak zrób, nie ma co ryzykować, a kto lepiej niż miejscowy zna realia danego miasta.

Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że od 8 lat, czyli od kiedy jeżdżę do Meksyku, nigdy nie miałam tutaj niebezpiecznej sytuacji. Raz tylko jedyny okradli mnie w autobusie nocnym na trasie Villahermosa- San Cristobal, a zostawiłam wtedy plecak z mp3 na górnej półce i poszłam spać. Oprócz tego nigdy nie byłam okradziona, zaczepiana, ani w żadnej sposób zaatakowana. Na pewno przydaje się znajomość hiszpańskiego oraz lokalnych realiów, omijanie niebezpiecznych dzielnic, unikanie ryzykowanych sytuacji i ufanie własnej intuicji.

10. MAFIA

Nie chodzi tym razem o kartele, ale o pewne grupy zawodowe, które z powodu biedy i ograniczonej liczby miejsc pracy zaczynają tworzyć swojego rodzaju gangi. Chyba każdy, kto tu mieszka i pracuje, wie o czym piszę. Jako pierwsi na myśl przychodzą mi taksówkarze. Pamiętam taką sytuację, gdy jechałam z kierowcą sprinterem odebrać grupę z portu. Kierowca zatrzymał się przy wjeździe, a ja wyszłam, aby przywitać grupę wychodzącą ze statku. W międzyczasie otoczyła go grupa taksówkarzy, krzycząc, że nie można się tam zatrzymywać. Kierowca grzecznie tłumaczył, że nie wiedział, że zaraz odjedzie i odbierze grupę w innym miejscu. Jednak nic to nie dało, chodziło po prostu o wymuszenie. W rezultacie musiał zapłacić taksówkarzom za dowiezienie nas kilka kilometrów dalej i dopiero tam mogliśmy wsiąść do sprintera. Takie sytuacje to niestety w mojej pracy prawie że codzienność.

Celem tego wpisu nie jest zniechęcenie nikogo do przeprowadzki. Meksyk to kraj urzekający swoim kulturowym bogactwem, pięknymi krajobrazami, serdecznymi mieszkańcami. Po prostu przypomniałam sobie siebie sprzed 8 lat, kiedy oglądałam ten kraj oczami turysty i nie miałam pojęcia o tych wszystkich rzeczach.

#życiewMeksyku #pogodawMeksyku

4,636 wyświetlenia

Wszystkie teksty oraz zdjecia na stronie są własnością Iwony Klemczak (chyba, że jest zaznaczone inaczej) i podlegają prawom autorskim. Kopiowanie w części lub całości wymaga pisemnej zgody autora.