Świat na odwrót- święte miejsce Huiczoli, Wirikuta

Ta podróż już zanim się zaczęła, była niezwykła. Kilka zbiegów okoliczności sprawiło, że oto znalazłam się na pielgrzymce z Indianami huicholes, w drodze do ich świętego miejsca. Potem... była pustynia, świat na odwrót, w którym po niebie biegają byki, ognisko nie parzy, tylko ziębi, my stajemy się częściami zwierząt, a gdy zamykamy oczy, widzimy więcej. Zapraszam na Wirikutę.

Zupełnie nie wiem dlaczego, ale nigdy bliżej nie interesowałam się Huiczolami. Być może z powodu moich poglądów dotyczących turystyki narkotykowo-duchowej, być może dlatego, że mieszkam wśród Majów i to im poświęcam najwięcej uwagi. Wszystko zmieniło się w listopadzie, gdy poszłam do Centro de la Imagen w D.F. na wystawę fotografii poświęconej właśnie tej grupie Indian. A potem jakoś zaczęłam wszędzie ich zauważać- trafiłam na drugą wystawę w Muzeum Antropologii, w sieci znalazłam przez przypadek kilka artykułów na temat ich mitologii, która zresztą okazała się fascynująca. Stwierdziłam, że warto byłoby ich poznać bliżej i tymi spostrzeżeniami podzieliłam się z Olą, która odwiedziła mnie w lutym. Okazało się, że zupełnie niezależnie od siebie miałyśmy podobne przemyślenia. No to pozostawało tylko zorganizować wyprawę, aby poznać bliżej kulturę Huiczoli. Brakowało jedynie pomysłu, jak to dokładnie zrobić.

- Ciekawe, jacy są ci Huiczole...- rzuciła nagle Ola.

- Pewnie oni się w tym momencie zastanawiają, jaka jest ta Ola i Iwona- odpowiedziałam, sama nie wiem, dlaczego. Jednocześnie wyobraziłam sobie czekających na nas Huiczoli, spokojnie siedzących na szczycie jakiejś góry.

Ustaliłyśmy mniej więcej termin wyjazdu - 22-23 marca- i na tym skończyły się nasze rozważania. Minął luty, więc gdy zbliżała się wyprawa, spytałam się Oli, gdzie my tak naprawdę się wybieramy. Huiczole mieszkają przecież w różnych, oddalonych od siebie regionach: Nayarit, San Luis Potosi, Jalisco, Durango. Trzeba coś zadecydować.

- Będą tam, gdzie pojedziemy- odpowiedziała, na co zażartowałam:

-Nie, oni na nas czekają na jakiejś konkretnej górze.


Jakie było moje zaskoczenie, gdy dzień później Ola dzwoni:


-Znalazłam naszych Huiczoli! Znalazłam górę, na której na nas czekają!


Okazało się, że Ola kontaktowała się ze swoją znajomą, Renatą, zupełnie w innej sprawie, gdy nagle tamta spytała: - Ola, a co robisz pod koniec marca? Bo wybieram się z Huiczolami na pielgrzymkę do ich świętego miejsca, Wirikuty. Fajnie by było, gdyby mi ktoś towarzyszył.

I dodam tylko, że pielgrzymka zaczynała się akurat 22 marca...jej celem była góra, El Cerro del Quemado, która dla Huiczoli jest miejscem, gdzie wzeszło pierwsze słońce.


Jestem osobą dość racjonalną (chociaż nie ma przecież osób w 100% racjonalnych) i zwykle nie wierzę w wizję ani z góry zapisane przeznaczenie. Ale tutaj zadziało się coś takiego, co na przekór racjonalnemu rozumowaniu kazało mi wierzyć, że Huiczole czekają na jakiejś górze. Nie miałam wtedy pojęcia o Cerro del Quemado, więc ta góra była jedynie wytworem mojej wyobraźni. A póżniej okazało się, że jednak nie.


W mojej opowieści nie będzie chronologii, porad praktycznych ani nawet konkretnych dat. Podanie ich jest niemożliwe, gdyż podróżowanie z Huiczolami daleko odbiega od zorganizowanego wyjazdu. Po prostu jechałyśmy samochodem za nimi, dokładnie nie wiedząc dokąd, po co ani dlaczego. Ale zawsze na końcu okazywało się, że to ma sens. Chociaż czasami nie miało. Ale przecież nie wszystko w życiu musi być zaplanowane.


Momentami było trudno, bo jako przewodniczka przyzwyczajona jestem do dokładnego planowania, przewidywania, zapobiegania i trzymania się harmonogramu. Tutaj musiałam odpuścić. Poddać się biegowi wydarzeń, na które przeważnie nie miałam wpływu. Zaakceptować, że to nie ja jestem tu gospodarzem, a jedynie gościem i że fakt, iż coś można było lepiej zaplanować nie oznacza, że mam mniej z tej podróży korzystać.




Huiczole


Jest ich kilkanaście tysięcy w całym Meksyku. Sami siebie nazywają Wixarika, czyli "ludźmi", ale w języku hiszpańskim określani są słowem "huicholes". Zamieszkują stany Durango, Nayarit, Jalisco, Zacatecas, czyli głównie pasmo górskie Sierra Madre Occidental. Są uważani za jedną z najbardziej tradycyjnych grup indiańskich w Meksyku, gdyż nieprzerwanie od czasów przedhiszpańskich kultywują tradycje swoich przodków, noszą regionalny strój, co roku wybierają się na pustynię w poszukiwaniu świętej rośliny, czyli halucynogennego kaktusa peyotla. Czy to oznacza, że są plemieniem, które nie ma kontaktu z cywilizacją i nie zmieniło się od czasów prekolumbijskich? Absolutnie nie! Po skończonej pielgrzymce wymieniliśmy się kontaktami na Facebooku, wiele osób ma telefon komórkowy, samochód i nosi dżinsy. Ich wcześniejsze wierzenia wymieszały się z religią chrześcijańską, ale rzeczywiście trzon ich religijności to wciąż duchowość ich przodków. Do tego dochodzi fakt, że z racji zamieszkiwania trudno dostępnych terenów, czyli wysokich gór, w których panuje dość ostry klimat (w dzień bardzo gorąco, a w nocy temperatura spada do zera stopni), huiczole zostali "odkryci" przez Hiszpanów bardzo późno, bo prawie 200 lat po zdobyciu imperium azteckiego! To im pozwoliło zachować swoje tradycje i w mniejszym stopniu niż inne grupy poddać się ewangelizacji hiszpańskiej. Z tego powodu pozostają jedną z najbardziej fascynujących grup rdzennych zamieszkujących Meksyk, i budzą zainteresowanie wśród antropologów, pisarzy, oraz poszukujących swej duchowej ścieżki podróżników.



Niebieski jeleń


Mitologia Huiczoli jest opisana w wielu źródłach, jednak im więcej się o niej czyta, tym bardziej niekoherentna się wydaje. Bardzo dużo czasu zajęła mi próba przedarcia się przez labirynt symboli oraz rozszyfrowania ukrytych znaczeń. A to dlatego, że robiłam pewien błąd, mianowicie chciałam zrozumieć to według swoich, europejskich kryteriów. Zmierzyć, zważyć, zapisać chronologicznie. Dlatego nic nie miało sensu. Dopiero, gdy otworzyłam się na zupełnie inny sposób myślenia, odczuwania, pojmowania rzeczywistości, wszystko stało się jasne.



Huiczole opowiadają: dawno, dawno temu, nasi przodkowie zebrali się, aby naradzić się na temat bieżących problemów. Dużo osób chorowało, brakowało wody i jedzenia, przedłużająca się susza dawała się we znaki. Zdecydowano, że pięciu młodych myśliwych wyruszy w poszukiwaniu pożywienia. Pięciu, gdyż według huiczoli, tak jak w niektórych innych rdzennych kulturach Meksyku istnieje pięć stron świata: Północ, czyli huaramanaka- miejsce pływającego drewna; Centrum, serce gór Teakata, tzw. miejsce gorące; Południe- jezioro Chapala; Zachód - położony na wybrzeżu w San Blas, w stanie Nayarit, zwany miejscem dolnym; i wreszcie Wschód, czyli Wirikuta, miejsce górne. Młodzi myśliwi wędrowali dniami i nocami, aż usłyszeli odgłos latających strzał. Wtedy pojawił się Tatewari, dziadek ogień, pierwszy marakame (szaman). Przodkowie wybierają ślepe na jedno oko i kulawe na jedną nogę dziecko, jednocześnie świetnego myśliwego, aby się oddało w ofierze. Dziecko dobrowolnie się poświęca, wchodząc do ognia i stając się z nim jednością. Potem prowadzi myśliwych dalej. W pewnym momencie pojawia się deszcz, Tatei Matrinieri. Następnie jeleń dobrowolnie oddaje się w ręce myśliwych, a jego serce zmienia się w pejotla. Myśliwi jedzą kaktusa. W tym momencie jeleń staje się pierwszym bogiem, Niebieskim Jeleniem. Dziecko zaś odradza się jako pierwsze słońce, światło, dzięki któremu myśliwi zaczynają widzieć. Widzieć nie tylko w sensie dosłownym, gdyż wschodzi słońce, ale przede wszystkim zostają obdarzeni darem widzenia, czyli NIERIKĄ.


Jest to zatem jednocześnie historia powstania świata, pierwszego wschodu słońca, jak i historia świętej rośliny, jaką dla Huiczoli jest pejotl. Ich mitologia jest pełna dziwnych, fantasmagorycznych elementów, które nie zawsze zdają się mieć logiczne wytłumaczenie. Należy jednak pamiętać, że Huiczole przekazywali i dalej przekazują swoje historie i legendy kolejnym pokoleniom tylko ustnie, dlatego istnieje kilkanaście, jak nie więcej wersji tej samej opowieści, i na pewno na przestrzeni wieków uległa ona zmianom. Poza tym, czy rzeczywiście musi być ona rozsądna i logiczna? Całe jej piękno polega właśnie na tym, że przepełniona jest symbolami i ukrytymi znaczeniami.

Przede wszystkim bardzo widoczny jest tutaj motyw poświęcenia. Zarówno ślepe i kulawe dziecko, jak i jeleń, poświęcają się dobrowolnie na rzecz wspólnoty. Kim jest marakame? Szamanem, uzdrowicielem, mistrzem, nauczycielem..., który również musi być gotowy, aby poświęcić swój czas, swoją wiedzę i swoją pracę dla innych. Każdy członek społeczności musi być gotowy na to samo, inaczej ta społeczność może nie przetrwać. Nawet morze się poświęca, gdyż za każdym razem fale rozbijają się o skały w San Blas... Podobnie jak w wielu innych kulturach autochtonicznych, również tutaj można zaobserwować wizję świata opartą na dualizmie. Z jednej strony mamy morze, zachód, dół, podziemny świat Inframundo. Z drugiej- wschód, górę, NIEBO, pustynię. Jeśli spojrzymy na to z geograficznego punktu widzenia, są to dwa zupełnie kontrastujące ze sobą miejsca, gdyż rzeczywiście na zachodzie znajduje się Ocean Spokojny, czyli setki metrów głębokiej otchłani, a na przeciwległym końcu znajdują się góry, pustynia, która jednak do końca pusta nie jest- rośnie na niej pejotl. Halucynogenny kaktus, który dzięki meskalinie i innym składnikom, jedzony w małych ilościach daje energię, działa pobudzająco, a także przeciwbólowo. Pejotl i słońce rodzą się w tym samym momencie, jest to jednocześnie początek czasu, jak i wyznaczenie przestrzeni, czyli stron świata. Pierwsi myśliwi widzą wschodzące słońce, ale jednocześnie pod wpływem pejotla otrzymują dar widzenia, wizję, czyli NIERIKĘ.


Jeleń jest jednocześnie ich liderem, a zarazem sam oddaje się w ofierze. Jeleń i pejotl to jedno. Pejotl jest zarazem pożywieniem, tak jak kukurydza. Zatem pejotl, jeleń i kukurydza to to samo.


Co się dzieje później? Morze zaczęło wysychać. Mężczyźni zamienili się w skały i kamienie, a kobiety nie wyschły zupełnie, możemy odnaleźć je w postaci jezior, stawów, oczek wodnych. To dlatego religia huiczoli to KULT PRZODKÓW, a przodkowie to przyroda, to skały, to jeziora...huiczole nie mają swoich kościołów ani nie oddają czci figurkom przedstawiającym boga deszczu czy boginię płodności. Oni po prostu czczą przyrodę, która jest świadkiem historii naszej ludzkości, jest naszym przodkiem, jest religią, i źródłem naszego istnienia. To dlatego podczas naszej pielgrzymki zatrzymywaliśmy się przy górach, stawach, czyli świętych miejscach, aby otrzymać tam błogosławieństwo i złożyć dary.


PIELGRZYMKA

Kiedyś Huiczole na Wirikutę udawali się tylko i wyłącznie piechotą. Przejście ok. 400 km trwało 15 dni w jedną stronę, tyle samo czasu zajmował powrót. Obecnie pielgrzymi poruszają się samochodem lub środkami transportu publicznego, dzięki czemu skrócił się oczywiście czas wyprawy, i mogą w niej uczestniczyć osoby starsze i dzieci. Przed dotarciem na Wirikutę każdy z pielgrzymów bierze udział w szeregu ceremonii przygotowawczych. Przede wszystkim obowiązuje dieta i wstrzemięźliwość seksualna. Pierwsi myśliwi pielgrzymowali z zachodu na wschód, czyli powoli oddalali się od morza. Od morza, czyli od słonej wody, stąd zalecane jest trzymanie niskosolnej diety. Morze, czyli woda, tak jak wcześniej pisałam, jest kojarzone z pierwiastkiem żeńskim, czyli wstrzemięźliwość seksualna i dieta to tak naprawdę nic innego, jak symboliczne oddalanie się od morza, czyli Inframundo, i zbliżanie się do nieba. Potrzeby cielesne, ziemskie, schodzą na drugi plan, aby móc otworzyć się na duchowość. Należy pamiętać, że kiedyś pielgrzymowano piechotą, czyli dochodził do tego spory wysiłek fizyczny potęgowany ekstremalnym klimatem- w dzień na pustyni jest bardzo gorąco i sucho, w nocy temperatura spada do 0 stopni.


My (tzn. obcokrajowcy) też jesteśmy do wszystkich rytuałów włączani. Czasem zupełnie nieświadomi ich znaczenia, jesteśmy instruowani, aby wziąć świeczkę, umoczyć ją w krwi barana, przejść dwa razy na około ogniska, pobłogosławić zmieloną kukurydzą ziemię. Dopiero po jakimś czasie wszystkie te czynności nabierają dla mnie sensu. Zresztą to tak jak ze sztuką- można odbierać ją intelektualnie, znając kontekst, biografię autora albo tło historyczne, a można interpretować ją w sposób czysto emocjonalny. W tym przypadku wiele rzeczy zrozumiałam dopiero po powrocie. A na miejscu, na żywo było tak:


Jedziemy dwie godziny szutrową drogą. Krajobraz za oknem zmienia się z pustynnego w leśny. Lasy iglaste, trochę jak w Polsce, trochę jak w Kalifornii. Przez te odległe, sprzeczne skojarzenia powoli gubi się poczucie czasoprzestrzeni. Nie jedziemy na konkretną godzinę. Zasięg telefoniczny dawno straciliśmy, a GPS pokazuje mi na tablecie: nieznane miejsce. Dojeżdżamy o wiele później, niż chcieliśmy, choć przecież nic nie jest tu zaplanowane. Wreszcie wjeżdżamy do La Laguna Seca, wsi, w której mieszkają nasi znajomi Huiczole i skąd będą wyruszać na Wirikutę. Nigdy wcześniej i nigdy później nie czułam się tak daleko od wszystkiego. Wieś jest położona na zboczu góry, wokół same gliniane chaty oraz Indianki ubrane w przepiękne, kolorowe stroje. Wysiadamy i każdy zaczyna robić coś innego. Renata siedzi z koleżankami, ja z Olą idziemy na fotograficzny spacer, Amerykanie siadają przy sklepie. Nie wiemy, kiedy wyruszymy, ani ile osób pojedzie na Wirikutę. Potem okaże się, że Carmela miała zamiar wziąć jednego syna, ale jak się okazało, że zmieści się w samochodzie więcej osób, to wzięła jeszcze dwójkę. Tyle razy te wszystkie osoby przesiadały się między samochodami, że sama nie wiem ile nas pojechało, bo na przykład w pewnym momencie chciałam zrobić selfie z dziećmi siedzącymi za mną, i okazało się, że jest ich czworo, a cały czas myślałyśmy, że tylko troje :-)






Wieczorem, padnięte po męczącej podróży oraz intensywnych wrażeniach, zasypiamy przy ognisku. Całą noc trwa ceremonia, więc co chwilę marakame podchodzi do nas, aby nas pobłogosławić, nawet jak jesteśmy zakryte śpiworem. W pewnym momencie budzi mnie beczenie. To baran, który już wie, że zaraz zostanie złożony w ofierze. Jego krew będzie z nami podróżować. W tle nie przestaje grać muzyka, dominują skrzypce. Jestem w innym świecie, a jeszcze nawet nie spróbowałam pejotla.


Wyruszamy następnego dnia i potem właściwie to po prostu staramy się nadążyć za Huiczolami. Bo oni mają tak: czasem to, czym się zajmują, czyli np. siedzenie i rozmawianie, trwa godzinami, i wydaje się, że nie ma końca. A wtedy nagle zbierają się, w siedem minut są gotowi i krzyczą do nas: jedziemy! I zaczyna się pakowanie, układanie, przekładanie, liczenie... i po kilku minutach trzeba już jechać, bo jak ich stracimy z pola widzenia, to nie będziemy wiedzieć, dokąd zmierzać. A czasem jest tak: czekamy specjalnie na kogoś w miasteczku, czekamy dwie godziny, bo możemy pojechać tylko z nim. Czekamy, aż w końcu ta osoba przybywa, więc ruszamy, i wtedy pędzimy, spieszymy się, jakbyśmy mieli dojechać gdzieś na czas. A nagle, po pół godzinie zatrzymujemy się dosłownie przy trasie i zanim, my, nie-Huiczole, zorientujemy się, o co chodzi, to Huiczole już dawno mają rozłożone swoje obozowisko i śpią. Przy drodze. Jakbyśmy nie mogli spać w tym miasteczku, gdzie kilka godzin czekaliśmy na kogoś...


W pewnym momencie wszystkie osoby, które pierwszy raz wybierają się na Wirikutę, mają mieć zawiązane oczy. Tak musimy spędzić następny odcinek drogi, który jednak wydłuża się w czasie, gdyż w całym tym zamieszaniu gubimy się i nie wiemy, gdzie jest samochód jadący przez nami (tylko nasz kierowca ma odsłonięte oczy). Dopiero wieczorem okaże się, że samochód z Huiczolami nigdy przed nami nie jechał, bo został na stacji benzynowej, czyli tam, gdzie zawiązano nam oczy. A my popędziliśmy przed siebie, znowu się spiesząc, zupełnie nie wiadomo po co. Nie mam pojęcia, jak się odnaleźliśmy, bez zasięgu telefonicznego, ani znajomości konkretnego celu, ale w końcu wyszliśmy z samochodu, a marakame, zdejmując z naszych oczu opaski, rzekł:

- tu jest północ, tam jest południe, to jest zachód, a tam jest WIRIKUTA.

Nad nami było z 10 milionów gwiazd. Przez te kilka godzin z zamkniętymi oczami, rozpoczyna się bardzo intensywny proces introspekcji, który jest przygotowaniem do najważniejszego- spożycia świętej rośliny. To był fajny moment, gdy z sekundy na sekundę busik pełen rozmów, śmiechów, muzyki, zamienił się w busik pełen modlitwy, zadumy i medytacji.


Ale to nie koniec przygotowań. Jak się okazało, kolejnym etapem jest spowiedź, której forma bardzo nas zaskakuje. Rytuał nas zaskoczył, ale później zrozumieliśmy, że przecież oni żyją w dość zamkniętych społecznościach, a tam zdarzają się różne sytuacje, również zdrady, sceny zazdrości, kłótnie. Spowiedź to oczyszczenie oraz wybaczenie, niezbędne aby przyjąć pejotla. Tak samo jak przygotowujemy się fizycznie poprzez dietę, tak samo musimy oczyścić naszą duszę.


A później każdy z nas dostał imię. Bo na pustyni są dwa imiona, jedno zwykłe, ziemskie, a drugie pielgrzymkowe, pustynne. Ja stałam się "pazurami indyka", Ola zaś szyją tego samego zwierzęcia. Była też Wysoka Lisica, oraz Piersi Kurczaka... kiedy imiona stawały się coraz dziwniejsze, spytałam chłopaków:

- A czemu akurat takie imiona nam nadajecie?

W odpowiedzi usłyszałam:

- Bo takie jest życie... i śmiech.


I tu kolejna rzecz warta uwagi. Huiczole zaskoczyli mnie swoim specyficznym, ale bardzo naturalnym, niewymuszonym poczuciem humoru. Jeśli ktoś wyobraża sobie tę pielgrzymkę jako pełną powagi, pompatyczną podróż, to muszę go wyprowadzić z błędu. Owszem, były momenty skupienia, modlitwy- w końcu najważniejsze jest pielgrzymowanie z jakąś intencją. Ale było też mnóstwo śmiechu, zabawy (np. z dziećmi), żartów. I bez tego wszystkiego pielgrzymka nie byłaby tak refleksyjna. Jednym z kluczowych momentów- pamiętajcie, że kiedyś szło się przez pustynię aż dwa tygodnie- jest odwrócenie znaczeń. Świat na odwrót. Nagle, zmęczeni wędrówką i pełni wrażeń pielgrzymi, odwracają znaczenia słów i zamiast "dziękuję" mówią "proszę"... niebo staje się ziemią, pustynia- morzem, nic już nie jest takie samo, i niby to mowa bez sensu, a jednak właśnie pewne rzeczy dopiero wtedy go nabierają. I to niby proste ćwiczenie, a jak niesamowicie szybko zmienia i przede wszystkim poszerza nasze postrzeganie świata.




WIRIKUTA - "Kto słucha pustyni, słucha siebie".



Właściwie Wirikuta pod żadnym względem nie jest pusta. To skupisko aż 85% wszystkich gatunków kaktusa na świecie, w tym endemicznego pejotla. To także dom dla ponad 250 gatunków ptaków, wśród nich orła złotego, który jest narodowym symbolem Meksyku. Pod warstwami ziemi i skał kryją się złoża srebra, złota, miedzy i cynku.

To również święte miejsce, do którego co roku pielgrzymują ludzie Wixaritari. Pielgrzymka jest dla nich odtworzeniem drogi przebytej przez ich przodków, świadków pierwszego wschodu słońca. To właśnie tutaj, na Wirikucie, według mitologi Huiczoli, narodził się świat. Stanowi ona więc istotę ich tożsamości, oraz świadectwo kilkutysięcznej tradycji.


Z powodu walorów przyrodniczych, pejzażowych oraz kulturowych, w 1994 roku Wirikuta została objęta ochroną ekologiczną jako Miejsce Kulturowego i Historycznego Dziedzictwa, w 2000 roku teren chroniony został powiększony do 140 tysięcy hektarów, a rok później UNESCO wpisało Wirikutę na listę Naturalnych Miejsc Świętych. Mimo to, rząd meksykański wydał kanadyjskiej korporacji First Majestic Silver pozwolenia na wydobycie surowców. Obecnie koncesje są wstrzymane, co jest połowicznym sukcesem działań ludu Wixarika, jednak wciąż nie ma wystarczającej ochrony prawnej, aby powstrzymać budowę kopalni odkrywkowej w przyszłości.



PEJOTL


Święta roślina jest jednym z celów pielgrzymki- dla Wixaritari jest ona pożywieniem i jednocześnie lekarstwem, przewodnikiem po duchowym świecie ich przodków. Środkiem, który pomaga w osiągnięciu wizji, czyli nieriki.





Jazgrza Williamsa, Lophophora williamsii, pejotl, echinokaktus Williamsa, jeżowiec Williamsa. Źródło meskaliny, alkaloidu o właściwościach halucynogennych. W małych ilościach ma działanie przeciwbólowe, pobudzające, a także przeczyszczające. Pejotla jedzą dorośli i dzieci, kobiety (nawet w ciąży) i mężczyźni.


Najpierw jednak trzeba go znaleźć. Tutaj krótki manual, jak znaleźć pejotla na pustyni. Przeważnie nie-Huiczole mają z tym na początku problem.


- Jorge, co trzeba zrobić, aby znaleźć pejotla?

- Sam się znajdzie. On po prostu krzyknie: Tu jestem!


- Carmela, jak to jest, że wy znajdujecie pejotle bez problemu?

- Trzeba iść na Wirikutę z dobrą intencją.


Koniec instrukcji :) Reszta przyszła sama.


A wizja? Huiczole są artystami. Jeśli ktoś nie tworzy, oznacza to, że jego dusza jest chora , bo nie umie się wyrazić, a w takiej sytuacji potrzebne jest lekarstwo. Dzięki medycynie, pielgrzymkom oraz wielu wyrzeczeniom i ogromnemu wysiłkowi, przychodzi wizja, czyli NIERIKA. Nierika jest jednocześnie jak pole kukurydzy, czyli natura, którą trzeba uporządkować, uprawiać, kultywować, której trzeba nadać formę. Na przykład taką:




Jeleń jest pejotlem, czyli przewodnikiem, liderem, ale jednocześnie również pożywieniem- kukurydzą. Pejotl daje wizję. Kukurydzę się uprawią, (kultywuje), tak jak nadaje się formę NIERICE, czyli wizji. Przyroda jest święta, więc jest religią. Pejotl jest świętą rośliną.










Jeśli ktoś chce dowiedzieć się więcej. Polecam filmy (tytuły po hiszpańsku):



Filmy:

- Flores en el desierto (2009).

- Huicholes, los ultimos guardianes del peyote (2014)

- Eco de la montana (2015)


Bohaterami filmu Huicholes, los ultimos guardianes del peyote jest rodzina Ramirez, z którą pielgrzymowałyśmy. Film można obejrzeć na stronie: https://huicholesfilm.com. Dn. 30 sierpnia 2017 roku miała miejsce polska premiera filmu w kinie Wisła w Warszawie. W przyszłości planujemy więcej projekcji, o czym będziemy na bieżąco informować.


Książki:

- Pejotlowe łowy. Barbara G. Myerhoff, 1997.

- Narkotyki. Niemyte dusze. Stanisław Ignacy Witkiewicz, 1932

- Pejotl. H. Ruebenbauer, 1925. - Czciciele świętego kaktusa. J. M. Majewski, 1927

- Peyotyzm: religia Indian Ameryki Północnej. M. Posern-Zielińska, 1972


Sam Witkacy o pejotlu pisał tak:


'To są prawdziwe „zwierciadła duszy” — zwierciadła piekielne, którymi łudzi nas demon peyotlu, wmawiając w nas, że może i w życiu możliwym jest poznanie obcej psychiki, stopienie się z nią w jedność w żarach jakiejś straszliwej miłości, w której naprawdę ciało z duchem stanowi absolutną jedność, choćby za cenę unicestwienia. I dobra jest przy tym ta aż dźwięcząca sobą cisza wizji stwarzanych przez azteckiego Boga Światła — cisza spotęgowana niewiarygodnym korowodem zdarzeń, który w jej objęciach przepływa przed nami w nicość. A jednak nicość ta nie jest zupełna. Coś zostaje po peyotlowym transie niezniszczalnego, coś wyższego stwarza w nas ten prąd widzeń, z których wszystkie prawie mają głębie ukrytego w nich symbolizmu rzeczy najwyższych, ostatecznych. I niech nikt nie myśli, że wychwalam tu nowy narkotyk, niby wyrzekłszy się tamtych, podobnych mu, tylko niższych w działaniu. Są to rzeczy jakościowo różne w duchowej skali, a nie tylko co do samej wartości obrazów wzrokowych, poza tym już, że stanowią pewien bezpośredni sposób widzenia siebie i swoich przeznaczeń, dając po jednorazowym użyciu drogowskazy na dalekie przestrzenie przyszłości."


Czego się nauczyłam?


Po raz pierwszy w życiu miałam okazję poznać z tak bliska konkretną grupę etniczną. Podróżowanie i przebywanie z nimi, rozmowy, obserwowanie, uczestniczenie w ceremoniach pozwoliło mi zrozumieć na poziomie emocjonalnym to, co wcześniej wiedziałam na poziomie intelektualnym. Nagle stało się dla mnie to jasne. Dla nich, podobnie jak dla wielu innych kultur przedkortezjańskich nie istnieje religia oddzielona od codziennego życia. Nie istnieje osobny kościół, do którego chodzi się w niedzielę, a w pozostałe dni tygodnia o tym się zapomina. Nie czci się też boga wiatru, boga deszczu, boga słońca. To jest nazewnictwo hiszpańskie, chrześcijańskie, europejskie, stworzone często na potrzeby archeologii. Oni mówią po prostu: deszcz, słońce, wiatr. Ich codzienne życie zależało i zależy od tego, czy spadnie deszcz, czy po ulewie wzejdzie słońce oraz czy dobre wiatry pomogą łodzi dobić do brzegu, dlatego do przyrody kierują swoje modlitwy i prośby. Natura jest zatem strefą sacrum, ponieważ od niej zależy przetrwanie. Zrozumiałam, jak wiele rzeczy mimo upływu czasu wciąż nazywamy i interpretujemy narzucając naszą, europejską perspektywę. Jak chcemy zrozumieć, przykładając swoją miarę, i jednocześnie zamykając się na inne ścieżki myślenia.


Z drugiej strony, często chcielibyśmy zamrozić tych Indian w XV wieku, aby nie zmieniali swoich tradycji, strojów, sposobu życia. W ten sposób są bowiem ciekawsi i mogą zaspokoić naszą potrzebę poszukiwania straconej duchowości. Pamiętam kilka sytuacji, które przedstawiam tutaj jako anegdoty lub przedmiot antropologicznych rozważań.


Huiczole noszą bardzo kolorowe, przyciągające uwagę stroje. Kobiety noszą uszyte przez siebie spódnice oraz bluzki, mężczyźni mają białe spodnie i koszule ozdobione różnymi symbolami, takimi jak jeleń, pejotl, często również kapelusze z piórami. Razem z dziewczynami również zamówiłyśmy uszycie takich strojów dla nas, nie dlatego, że pragnęłyśmy stać się z dnia na dzień Huiczolkami, ale przede wszystkim dlatego, że są one bardzo praktyczne. Długa spódnica chroni zarówno przed słońcem, jak i kolcami kaktusów na pustyni, poza tym ich stroje są najzwyczajniej w świecie piękne i jakby sprzedawali je w centrum handlowym, to też bym na nie zwróciła uwagę. Kobiety noszą również chusty na głowie, kiedyś szyły je samodzielnie, obecnie kupują hurtowo, gdy jadą do miasta. Ponieważ nie zawsze łatwo je zdobyć, Renata co roku przywozi im zapas chustek z Polski. Dlatego większość Huiczolek ze wsi La Laguna Seca ma głowy ozdobione chustkami w ludowe motywy z Małopolski :) Może za sto lat jakiś antropolog będzie się zastanawiał, skąd polski folklor jest obecny w tradycji huiczolskiej, bo przecież za sto lat te chusty mogą stać się stałym elementem huiczolskiego stroju.



Przygotowując się do wyjazdu, w wielu tekstach przeczytałam zdanie, że tradycje i sposób życia Huiczoli nie zmieniły się od czasów prehiszpańskich. Jak mogły się nie zmienić? Przecież każda kultura się zmienia, ewoluuje, jest pod wpływem innych grup, wymyśla nowe udoskonalenia, wynalazki itp. Właściwie to czemu miałyby się nie zmieniać? Dawniej pielgrzymka odbywała się na piechotę, obecnie używa się samochodu, z tego prostego powodu, że kiedyś samochodów nie było, i nie istniała inna możliwość dostania się na Wirikutę. W momencie, kiedy wynaleziono nowy środek transportu, zaczęto go używać, i dzięki temu w pielgrzymce może wziąć udział więcej osób, na przykład osoby starsze albo małe dzieci. Podczas wyprawy Huiczole spali przy drodze, na ziemi, w samochodach, podobnie jak my we trzy. Ale nasi znajomi ze Stanów wzięli ze sobą namioty. Po skończonej pielgrzymce Huiczole zapytali, czy mogą te namioty odkupić, bo na pewno przydadzą się w następnych latach. Otóż oni od dawna spaliby w namiotach, a nie na gołej ziemi przy temperaturze 0 stopni, ale w górach na wsi jest bardzo ciężko znaleźć sklep ze sprzętem trekkingowym. Ich tradycja jest kontynuowana, co nie znaczy, że poszczególne elementy nie mają ulec zmianie, zwłaszcza, gdy ułatwiają im życie.


Często podchodzą do mnie turyści, pytając: czy jest tu jakiś taki szaman, który robi cuda, przepowiada przyszłość, wróży z fusów? Marakame to nauczyciel, uzdrowiciel, ten, który zna tradycje i przekazuje je następnym pokoleniom, to psycholog, spowiednik i znachor. Mędrzec. Ale nikt z huiczoli nie pójdzie do marakame, aby ziołami wyleczył złamaną nogę (chyba że zioła mają działanie przeciwbólowe i jedynie mają ulżyć w cierpieniu podczas przewiezienia do szpitala), ani nie będzie oczekiwał od niego cudów. Warto dodać, że marakame może być również kobieta. Mam czasami wrażenie, że paradoksalnie to my, Europejczycy, często wierzymy w różne cuda niewidy, sami postrzegając inne kultury jako egzotyczne i czarodziejskie, podczas gdy oni nie robią nic innego, jak wykorzystanie wiedzy swoich przodków oraz tego, co daje nam natura.




W trakcie pielgrzymki okazało się, że jeśli raz pójdzie się na Wirikutę, trzeba to zrobić kolejne cztery razy. Dlatego nie mam wyjścia. I już szykuję się na następną PODRÓŻ.

MARAKAME W POLSCE

W związku w obecną sytuacją w regionie San Luis Potosi i zagrożeniem, jakie niesie budowa kopalni odkrywkowej na pustyni Wirikuta, razem z Renatą Koper, Olą Synowiec oraz Mateuszem Samolongiem postanowiliśmy zorganizować w Polsce akcję pomocy i wsparcia dla Wixaritari. Akcja ma zakładać zbiórkę pieniędzy na wykup świętej ziemi przez wspólnoty indiańskie oraz pomoc prawną lub innego rodzaju, niezbędną dla ochrony Wirikuty. Obecnie akcja jeszcze nie ruszyła, gdyż czekamy na decyzję Rady Wixarika w sprawie dalszych działań. Niemniej jednak w sierpniu br. Marakame Don Jose Ramirez, przewodnik religijny starszyzny Wixaritari z miejscowości La Laguna Seca odwiedził Polskę i wziął udział w kilku wydarzeniach, w tym w polskiej premierze filmu "Huiczole. Ostatni strażnicy pejotla", która miała miejsce w warszawskim kinie Wisła.












Featured Posts
Recent Posts
Archive
Search By Tags
Follow Us
  • Facebook Basic Square
  • Icono social Instagram
  • Facebook
  • Pinterest
  • Instagram

0048 886 53 93 77 Whatsapp

 

Wszystkie teksty oraz zdjęcia na stronie są własnością Iwony Klemczak (chyba, że jest zaznaczone inaczej) i podlegają prawom autorskim. Kopiowanie w części lub całości wymaga pisemnej zgody autora. 

selloPBGuczetnik1.png